Temat narzędzi szkoleniowych jest jednym z ulubionych tematów do dyskusji przez trenerów, specjalistów HR, a coraz częściej również bezpośrednich zleceniodawców szkoleń (np. szefów sprzedaży czy innych zwierzchników grup szkoleniowych). Firmy zajmujące się projektowaniem gier czy produkcją trenerskich gadżetów prześcigają się w tworzeniu coraz to nowych narzędzi. Ostatnio, coraz mocniejszym krokiem do tej rywalizacji wkraczają również tzw. nowe technologie. Trenerzy mają wręcz swoje rankingi na „wyczyn” czy „blamaż” sali szkoleniowej. Coraz częściej mam jednak wrażenie, że temat narzędzi szkoleniowych jest tematem zastępczym, który utrudnia prawdziwą koncentrację na celach szkoleniowych…
Kiedy rozpoczynałam swoją pracę szkoleniową zasady były jasne – narzędzie tym lepsze im prostsze, lżejsze i więcej wglądu przynosi uczestników. Proste, żeby nie za bardzo na sali szkoleniowej nie wydziwiać i nie zaskakiwać uczestników zbyt wyszukaną rzeczywistością szkolenia. Co więcej proste ćwiczenia do realizacji wymagają zazwyczaj prostych materiałów, więc jak się okaże, że potrzebne danej grupie, to w każdej chwili można je zrealizować.
Lekkie, bo jak się jeździ po całej Polsce z kuferkiem trenerskim, to każda gra i każdy gadżet dokłada kilogramów do, i tak już ciężkiego, trenerskiego wyposażenia. Więcej wglądu, bo wartość szkolenia rozpatrywana była w kontekście indyindividualnej korzyści uczestników oraz zmiany sposobu myślenia i działania, którą wnosiły aktywności szkoleniowe.
Bo teraz rzeczywistość ma się inaczej. Działy HR wprost deklarują potrzebę „czegoś nowego” lub „czegoś specjalnego”, co ma na sali szkoleniowej „porwać uczestników”. Przeszkoleni pracownicy („over”, nie „after”) już w trakcie szkolenia potrafią stwierdzić „my to już robiliśmy”, choć nie pamiętają ani wniosków z danej aktywności, ani prawidłowego możliwego rozwiązania…
Trenerzy w dyskusjach wyśmiewają popularne ćwiczenia, które przy odpowiednim omówieniu pozwalały uczestnikom odkrywać ich własne Ameryki. Jedni odrzucają papierowe rozsypanki, inni wyśmiewają stosowanie klocków… A ostatnio miałam okazję obserwować rozbudowane ćwiczenie VR, którego uproszczony wniosek brzmiał „komunikacja jest trudna”.
Martwi mnie kierunek tych zmian, bo coraz częściej mam wrażenie, że zarówno trenerzy realizatorzy, jak i ich zleceniodawcy kładą nacisk na niewłaściwy element układanki. Koncentrujemy się na dyskusjach o tym, czy użyć tabletu, czy stworzyć fabułę gry, zamiast zastanowić się, jakie pytania warto zadać w podsumowaniu i jakie wnioski ma nam przynieść dana aktywność.
Często obie strony narzekają, że „narzędzie słabe”, zamiast zastanowić się nad sposobem prowadzenia refleksji i motywacją uczestników do zmiany. W efekcie powstają tzw. ćwiczenia „na macie” – macie zabawki i się bawcie – a wynik szkoleniowy zatrzymuje się na „było fajnie”.
Dla jasności – nie twierdzę, że szkolenie ma być nudne. Edukacja powinna mieć element ludyczności. Chcę jednak zwrócić uwagę na trzy najważniejsze kwestie:
1. Nie strzelajmy do muchy z bazuki
Do realizacji podstawowych celów szkoleniowych wystarczą sprawdzone narzędzia.
2. Podstawą jest refleksja
Dobrze poprowadzona refleksja dopiero tworzy odkrycia u uczestników. To ona buduje zmianę perspektywy.
3. Najważniejsze są odkrycia uczestników
Mądry trener może poprowadzić zmotywowaną grupę do głębokich wniosków nawet po bardzo „płytkim” ćwiczeniu.